Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 20

    Minęło sześć miesięcy, zanim nadeszła wiadomość, po otrzymaniu której wsiadła na statek.

    Na czele wiecznie kłótliwego rządu Dakkaru stał nie pojedynczy człowiek, tylko duet, złożony z prezydenta i premiera. Podobny system zabezpieczeń istniał w całym rządzie. W założeniu miało to wyeliminować nadużycia, ale w praktyce system ten powodował nieustanne sprzeczki i legislacyjną stagnację.

    Przez dziewięć lat prezydent, twarda, ale popularna kobieta, nazywająca się Hachida, dominowała w egzekutywie Dakkaru. Przez te dziewięć lat premier, Daniel Cosgrave, bezskutecznie próbował uzyskać przewagę. Zawsze brakowało mu kilku głosów, by obalić jej prawodawstwo, zawsze był o myśl lub dwie w tyle za jej obwieszczeniami. Początkowo tylko go to irytowało. Potem zaczęły go rozsadzać nagatywne uczucia. Wszystko to całkowicie mieściło się w politycznych tradycjach Dakkaru.

    Levaughn i jego ukryte intencje, nie.

    Zaczęło się od telefonicznych ofert poparcia. Potem nastąpiły propozycje udzielenia kredytu, a następnie kilka spotkań, z których żadne nie przyciągnęło uwagi masmediów. Hachida i wiele innych czołowych osobistości w polityce miało swych osobistych doradców. Cosgrave mógł mieć też.

    Spotkania odbywały się na terenie prywatnym i tylko dwóch mężczyzn wiedziało, o czym dyskutowano, Jeden z nich, to był ktoś.

    Początkowo zarekomendowany przez porucznika i w rezultacie dopuszczony do wewnętrznego kręgu wtajemniczonych generała Levaughna, Straat-ien ostrożnie informował wyższych przedstawicieli Kadry o bieżących wydarzeniach, które nie wróżyły nic dobrego. Z pomocą generała Levaughna i innych, "nienazwanych" stron, Cosgrave był wreszcie na najlepszej drodze, by przejąć kontrolę nad rządem Dakkaru. Jeśli jego działania zakończą się sukcesem, będzie oczywiście wielkim dłużnikiem swoich potężnych stronników. Co gorsza, wydawał się być całkowicie pod urokiem Levaughna. Ale to nie wywoływało takiego zaniepokojenia, jak rady osobistego doradcy Levaughna.

    Skłócony Dakkar był wyjątkowo podatny na reakcyjną filozofię. Jako wpływowy świat, podjął w przeszłości standardowe próby rozciągnięcia swoich wpływów poza orbitę. Jeśli Cosgrave przejmie władzę, było wysoce prawdopodobne, że tak jak jego poprzednicy o zmiennych usposobieniach i potoczystej mowie, będzie próbował szerzyć swoją własną ideologię poza granicami Dakkaru. Członkowie Kadry bardzo niepokoili się kierunkiem, w którym zmierzały wydarzenia.

    Dzięki namowom Straat-iena, Levaughn zgodził się, by Lalelelang wpuszczono na jedno z politycznych spotkań jako obserwatora. Pułkownik argumentował, że jej obecność nie może nikomu zaszkodzić, a mogłaby być dobrą reklamą dla ruchu. Jej sława, jednej z największych badaczek ludzkiego zachowania wśród Waisów, wywarła należyte wrażenie na generale, a poza tym, w ciągu ostatnich miesięcy nauczył się on cenić rady pułkownika Straat-iena. Co więcej, Straat-ien zapewnił swego przełożonego, że osobiście dopilnuje, by ich gość nie widział nic, czego nie powinien widzieć.

    Gdy już Levaughn zgodził się na tę propozycję, wyrzucił ją ze swych myśli, które zaprzątnięte były sprawami o znacznie większym znaczeniu.

    Spotkanie miało się odbyć w prywatnej samotni bogatego Cosgravea; rozległym kompleksie, pełnym parterowych i piętrowych budynków, wybudowanym wysoko na zboczu góry, leżącej w ogromnym, północnym masywie. Podczas, gdy Straat-ien uznał okolice za atrakcyjne i zdrowe, Lalelelang nie czuła się tam zbyt dobrze. Mimo "fruwającej" przeszłości, Waisowie nie lubili wysokich, stromych miejsc.

    Rwąca rzeka kaskadami przepływała przez wąwóz o niemal pionowych ścianach poniżej terenów, które były malowniczo rozrzucone wśród leśnych obszarów Dakkaru. W oddali widniały ośnieżone szczyty. Indywidualne apartamenty usytuowane były w dwóch wąskich, długich budynkach, stojących obok głównego kompleksu.

    Jeden dostała Lalelelang. Apartamenty zostały ostatnio zmodyfikowane i przebudowane na uniwersalne, mające na względzie również wygodę nie-Ziemian.

    Po przywitaniu przybyłej przed chwilą Lalelelang, Straat-ien ponuro stwierdził, że wśród obecnych jest tyle samo cywilów, co wojskowych. To był zły znak, wskazujący na to, że Cosgrave i Levaughn w dalszym ciągu poszerzali swe wpływy pośród elity Dakkaru.

    - Levaughn jest bardzo przekonywujący. - Straat-ien mówił idąc krętą ścieżką wzdłuż krawędzi urwistego brzegu. Daleko w dole, bystra rzeka toczyła swe pieniste wody w kierunku odległego morza. - Zaś Cosgrave próżny i ambitny. Bardzo zła kombinacja.

    - A więc zaczęło się. - Lalelelang owinięta była w cienkie, ale ciepłe zwoje tkaniny. Dla Straat-iena górski klimat był orzeźwiająco chłodny, ale Lalelelang bliska była zamarznięcia. - Miałam nadzieję, iż okoliczności pokażą, że moja teoria jest błędna.

    - To się jeszcze może zdarzyć. - Twarz miał zamyśloną i zagadkową.

    Zatrzymała się i stanęła z daleka od cienkiej plastikowej poręczy. Wodospad grzmiał u wyjścia z wąwozu.

    - Czy przypominasz sobie ostatni raz, gdy staliśmy na krawędzi przepaści?

    Wyglądał na zdziwionego. Potem sobie przypomniał i odwrócił się od niej, wędrując wzrokiem na drugą stronę kanionu.

    - Wtedy były inne czasy. Nie byłem ciebie pewny. Wielu różnych rzeczy nie byłem pewny. - Przez chwilę milczał, zanim znów na nią spojrzał. - Ty to pamiętasz?

    - To chyba naturalne, że pamięta się moment, w którym ktoś, kogo uważasz za przyjaciela zastanawia się, czy cię zamordować, czy też nie. Cieszę się, że wybrałeś to drugie.

    Pewien, że coś mu umyka, zaczął żałować, że nie jest biegły w bogatym, waisowskim języku gestów i ruchów.

    - Nie jesteś obiektywna.

    - Jak powiedzieliby Hivistahmowie, oczywiście. - Znów spoważniała. - Jak groźny jest ten Cosgrave?

    - On sam, wcale. To na Levaughna musimy uważać. Zanim będzie mógł wykonać jakiekolwiek jawne posunięcia militarne, potrzebuje szerszej politycznej bazy. Jeśli Cosgrave'owi uda się przejąć kontrolę nad planetarnym rządem, będzie to miał. Dakkar stanie się odskocznią dla zainspirowanego przez Ampliturów przewrotu na wszystkich planetach Ziemian.

    Jeszcze bardziej odsunęła się od balustrady.

    - Są tutaj, prawda?

    - Tak. Przynajmniej jeden z nich. Mówią, że właśnie przybył. Jeszcze go nie widziałem, ale wydaje mi się, że to ten sam, którego Levaughn przedstawił na pierwszym zebraniu; Cast-creative-Seeking.

    - Tak będzie dalej. Ampliturowie również rozumieją znaczenie słowa specjalizacja. - Jej głos ścichł do pomruku. - Ampliturski specjalista w zachowaniu Ziemian. Ciekawe byłoby wymienić poglądy z moim, obmacującym umysły przeciwnikiem. Nasze tezy byłyby podobne, ale nie nasze cele.

    - Jak się czujesz, otoczona przez tak wielu Ziemian? - spytał z troską.

    - Nie jest tak źle. Dodatkowo przebywa tu kilku Hwistahmów. Należą do inżynierskiej ekipy tej wielkiej bazy. Rozmawialiśmy. Jest tu również sporo Leparów. Z nimi oczywiście nie rozmawiałam, tym niemniej przyjemnie jest zobaczyć twarze jeszcze jakichś nie-Ziemian. Wydaje mi się, że widziałam też pojedynczego Bir'rimorczyka. Tak więc nie czuję się całkowicie osamotniona.

    Straat-ien pokiwał głową.

    - Dakkar jest bardzo kosmopolityczny. Jest tu sporo różnych specjalistów Gromady, mimo, że populacja składa się głównie z Ziemian.

    - Jesteście tacy płodni. - Jej uwaga była całkowicie beznamiętna. - Czy wiesz, gdzie zatrzymał się Amplitur?

    - Tak mi się wydaje. Nie na darmo premier Cosgrave poczuł natchnienie i kazał zainstalować urządzenia przystosowane dla innych ras. Wskazał ręką na otaczające ich tereny.

    - Myślę, że kiedy porównujesz to otoczenie z twoją planetą, kojarzy ci się ono z chaosem. Waisowie preferują światy zorganizowane.

    - My nie organizujemy - sprostowała. - Nasze poczucie estetyki wymaga, byśmy pomagali naturze układać się w estetyczne kształty.

    - Czyż nie to samo Ampliturowie chcą zrobić z całą inteligencją?

    - To wszystko jest tylko kwestią perspektywy. Z pewnością Ziemianin Levaughn ma na myśli rygorystyczne organizowanie, nie płynne kształtowanie.

    Wyglądał na pogrążonego w zadumie.

    - Teraz do mnie należy "zorganizowanie" jednego Amplitura. Gdy w milczeniu szli obok siebie, coś na nich zaszczekało z wysokiego drzewa. U ich stóp wylądował strąk pełen nasion. Był wielkości pięści, zwężał się pod kątem ostrym i przypomniał Straat-ienowi beżową rzepę. Nie zadał sobie trudu, by poszukać zwierzęcia, odpowiedzialnego, za jego strącenie.

    - Kiedy zamierzasz spróbować? - spytała go wreszcie.

    - Jeszcze nie jestem pewien. Jeśli zrobię to będąc wciąż członkiem grupy, mam jakąś osłonę. Może Amplitur nie będzie w stanie tak łatwo wyłowić mnie z tłumu. Z drugiej strony, jeśli zorganizuję prywatną rozmowę, a nie powiedzie mi się i zostanę zdemaskowany, ciągle jeszcze mogę zachować mój dar i istnienie Kadry w tajemnicy, zabijając kreaturę.

    Nieprzygotowana na takie rozwiązanie, zadrżała. Będąc świadkiem tylu walk, była na siebie zła za taką reakcję.

    - Ty sam też możesz zostać zabity, a Ampliturom wystarczy tylko przysłać następnego, w miejsce tego pierwszego. Zaś twoja śmierć pozbawi Kadrę atutu posiadania tutaj kogoś i związanego z tym napływu informacji. Odkrywszy zdrajcę w swoich szeregach, Levaughn będzie na przyszłość trzy razy ostrożniejszy przy przyjmowaniu nowych członków do swego najbliższego otoczenia.

    - Więc lepiej będzie, jeśli nie dam się odkryć.

    Skręcili w boczną ścieżkę, która oddalała się od kanionu i prowadziła z powrotem do tego, co lokalnie uchodziło za cywilizację.

    To był stanowczo zbyt miły poranek na tak ważne przedsięwzięcie. Bez wtajemniczania w to Straat-iena, Lalelelang postanowiła ratować go, gdyby jego próba się nie powiodła. Jak miałaby tego dokonać, gdyby wszczęto alarm, nie miała najmniejszego pojęcia. Była poważaną uczoną wśród Waisów i jakiekolwiek związane z przemocą intrygi były jej całkowicie obce. Z tego samego powodu nikt by jej nie podejrzewał o udział w czymś takim.

    Wiedząc, że stanowczo by się sprzeciwił, nie wspomniała Nevanowi o swoich zamiarach. Za to energicznie zaczęła snuć plany, bez jego wiedzy. Ukradkiem przeprowadzony wywiad musiał wystarczyć, ponieważ mimo jej doświadczeń, jako Wais, ciągle i niezmiennie niezdolna była do posługiwania się bronią nawet we własnej obronie, a co dopiero w obronie innych. Wbrew temu, co sądzili niektórzy jej uczniowie i koledzy, nie była całkiem zdegenerowana. Tylko troszeczkę.

    Straat-ien kazał jej czekać we własnym apartamencie, w skrzydle rezydencji, które zostało przystosowane dla potrzeb nie-Ziemian. Pokoje, które oddano do dyspozycji Ampliturowi, znajdowały się przy końcu tego samego budynku. Nevan zapewnił ją, że jak tylko skończy, zaraz powróci, by poinformować ją o wynikach. Jeśli w ciągu jakiejś godziny nie pojawi się u niej, będzie wiedziała, że przegrał.

    Podczas czekania ciężko ze sobą walczyła, by od czasu do czasu oderwać uwagę od chronometru, zmuszając się do prób usystematyzowania nowych obserwacji, które chcąc nie chcąc poczyniła od chwili przybycia na Dakkar. Jakiś niejasny problem antropologiczny zajął jej niemal godzinę.

    Później oddała się różnym drobnym przyjemnościom, wreszcie spróbowała uzyskać dostęp do biblioteki premiera. Próbowała wszystkiego, z wyjątkiem opuszczenia apartamentu i przyłożenia ucha do drzwi Amplitura.

    Czas mijał ospale, dopóki jakiś ruch na korytarzu nie wyrwał jej z dobrowolnej izolacji. Wychodząc z pokoju natknęła się na pojedynczego, spieszącego gdzieś Hivistahma. Miał lekko osłupiały wyraz twarzy, a prócz tego, ekwipunek i insygnia inżyniera-energetyka. Choć zagadnęła go łagodnym i uspokajającym głosem, nie odpowiedział.

    - Co tam się stało? Co się dzieje? - naciskała. Wiedziała, że każdy Ziemianin po prostu złapałby inżyniera za odzienie i próbował wytrząsnąć z niego to otępienie. Ale nie do pomyślenia było, żeby cywilizowany Wais wdał się w coś takiego. Gdyby Ziemianin to zrobił, bez wątpienia jedynie pogłębiłby paraliż okrytego błyszczącą łuską Hivistahma.

    Podwójne powieki wreszcie zamrugały raz za razem i ciemne oczy z pionowymi źrenicami zwróciły się w jej kierunku.

    - Tam zdarzył się... - przerwał, zastanawiając się nad swoją pozycją, oraz dalszymi słowami - wypadek.

    Znów skierował swą uwagę na odległy koniec korytarza. W tym samym czasie Lalelelang uświadomiła sobie, że dobiega do niej daleki, przeciągły jęk. To mogła być jakaś odmiana ziemskiego alarmu.

    Przejście było teraz puste, ale była pewna, że moment wcześniej słyszała charakterystyczny odgłos kroków wielu Ziemian, szybko przechodzących obok jej drzwi.

    - Jaki wypadek?

    Niezdecydowany czy stać, czy uciekać, Hivistahm zdecydował się odpowiedzieć na jej pytanie:

    - Tam przebywa ważny wizytor.

    - Amplitur? - Zaszczekał zębami w specyficzny sposób, w którym rozpoznała proste potwierdzenie. - Co stało się z Ampliturem?

    Inżynier ostrożnie wydukał niewiarygodną odpowiedź:

    - Martwy on jest. Przez zamachnięcie, lubo kombat.

    - Szczegóły. - Stanęła przed nim, tak, że nie mógł się oddalić nie wymuszając przejścia. - Mów, co się stało!

    Nie wiadomo, czy spowodowała to jej akcja, czy też rosnąca świadomość przemocy związanej z wypadkiem, dość, że paraliż Hivista-ma zdawał się pogłębiać. Nie było ważne, czy osobiście widział morderstwo, czy tylko o nim słyszał. Efekty, jakie wywarło to na jego równowagę emocjonalną były wstrząsające. Coś powodowało zwarcie w jego obwodach samokontroli.

    Porzucając inżyniera, lekko chwiejącego się na szerokich, obutych w sandały stopach, pospieszyła wzdłuż korytarza, w biegu powiewając piórami. Wiedziała, gdzie znajdowała się kwatera Amplitura. Straat-ien jej pokazał. Ale nie mogła dostać się w pobliże wejścia. Kordon snujących się nerwowo Ziemian skutecznie blokował wszystkie podejścia. Wielu miało broń. Wszyscy wyglądali na rozdrażnionych i zdenerwowanych.

    Jeden z nich zauważył jej przybycie i niezwłocznie spojrzał w przestrzeń za nią. Szukał potencjalnego zagrożenia, czyli tego, czego nie stworzyłby nawet tuzin takich, jak ona.

    Zbliżając się na tyle, na ile pozwoliła jej śmiałość, starała się coś dojrzeć poza masą kręcących się dwunogich. Inni, nieuzbrojeni Ziemianie tłoczyli się wokół szeroko rozwartych, podwójnych drzwi. Cuchnące, wilgotne powietrze wydobywało się z odsłoniętego pomieszczenia.

    Ziemianie blokujący wejście rozstąpili się, by przepuścić paru innych o zaniepokojonych twarzach. Towarzyszył im, czy raczej, był przez nich zagarnięty, pojedynczy Hivistahm. Lalelelang wydawało się, że pokryta łuskami istota miała na sobie strój lekarza ogólnego, ale nie była tego pewna.

    Po raz drugi sama siebie zadziwiła, odważając się fizycznie trącić w ramię najbliższą osobę, by przyciągnąć jej uwagę.

    - Co się stało? - pytała płynnym ludzkim, pozbawionym wszelkiego obcego akcentu językiem, instynktownie nie spuszczając oka z jej odbezpieczonej broni. - Co się tu dzieje?

    Młoda Ziemianka przyjrzała się jej obojętnie.

    - Nie jestem pewna. Jakaś bijatyka, czy coś takiego. - Spojrzała na nią przez ramię.

    Lalelelang nie ustępowała:

    - Musisz coś wiedzieć!

    Kobieta- żołnierz wyglądała, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy.

    - Znakomicie mówisz po ziemiańsku, nawet jak na Waisa.

    - Taki mam zawód. - Lalelelang była cierpliwa. - Jestem naukowcem.

    - Jasne. Cóż, nie widzę tu nic, co mogłoby zainteresować naukowca. Mamy tam kilka zwłok. Wiesz? Martwe ciała? Zabici przemocą. Jeśli się nie mylę, to tego rodzaju rzeczy powodują, że Waisowie mdleją. Idź sobie lepiej i pozwól nam się tym zająć.

    Lalelelang zignorowała wypowiedzianą w dobrej wierze, choć nieco protekcjonalną radę.

    - Jakie zwłoki?

    Ziemianka zawahała się.

    - Słuchaj, naprawdę nie wiem kim jesteś. To jest sprawa służb bezpieczeństwa. Nie jestem pewna, ile mogę ci powiedzieć.

    - Jestem tu gościem już od kilku dni. - Lalelelang z trudem powstrzymywała narastające zniecierpliwienie. Na szczęście Ziemianka zupełnie nie zdawała sobie sprawy ze znaczenia subtelnych ruchów rzęs i stroszenia puchu pod piórami. - Wiem, że pomieszczenia, których pilnujesz, zajmowane były przez jednego z Ampliturów.

    Kobieta mocniej ujęła swą broń:

    - Nie mogę tego skomentować.

    - Ale nie zaprzeczasz? - Wyraz jej twarzy był wystarczającym potwierdzeniem. - Ani temu, że jedne ze zwłok należą do Amplitura? - Delikatne, ale wykrywalne drganie mięśni twarzy, powiedziało Lalelelang, że znów odgadła prawidłowo.

    Cofnęła się kilka kroków, starając się zapanować nad swoim oddechem. A więc strategia Nevana, z jakichś powodów nie powiodła się. Najwyraźniej został zdemaskowany, odkryto jego talent i by zachować sekret umiejętności Kadry, został zmuszony znów odwołać się do przemocy. Taki scenariusz był całkowicie prawdopodobny. Właściwie, to sam Straat-ien mniej więcej jej go opisał.

    Czego nie mogła zrozumieć, ani sobie wyobrazić, to, jak martwemu Ampliturowi udało się uśmiercić swego zabójcę?

    Możliwe, że wartowniczka była bardziej światowa, niż się wydawało. Może zrozumiała przyczynę dygotania Lalelelang. Nieważne. Dość, że przywołała historyczkę do siebie ruchem ręki, pochyliła się nad nią i powiedziała cicho:

    - Jeden z nich to ten potwór. Pozostali to Ziemianie.

    Lalelelang lekko przechyliła głowę, co oznaczało zaskoczenie.

    - Pozostali?

    - Wyżsi oficerowie-Ziemianie. Jeden, to sam generał Levaughn. A drugi to jakiś pułkownik, którego nie znam.

    Była niezwykle opanowana. Najważniejszy składnik samokontroli. Albo początek paraliżu.

    - Jesteś pewna, że obaj Ziemianie nie żyją?

    Kobieta ze zdziwieniem skinęła głową. Jej krótko przycięte włosy były tak jasne, że niemal białe.

    - Taki jest raport. Zastrzeleni. Ponoć wszyscy trzej byli uzbrojeni.

    Lalelelang ze zdziwienia opadła dolna połowa dzioba.

    - A m p l i t u r był uzbrojony?!

    - Tak mówi wstępny raport. - Ziemianka tak mocno myślała, że aż zmarszczyła z wysiłku brwi. - Nie wiedziałam, że oni noszą broń. Zawsze słyszałam, że nienawidzą przemocy. Oczywiście ciągle jeszcze nie wiemy o nich dużo rzeczy. Przypuszczam, że mogą być wyjątki od reguły.

    - Czy są jakieś wskazówki, co sprowokowało tę tragedię?

    - O żadnych nie słyszałam. Ktoś musiał je dobrze ukryć. - Potrząsnęła głową ze smutkiem. - Kiepska sprawa. Bardzo kiepska. Udało mi się zerknąć do środka, zanim zamknęli drzwi. Co za jatka! Ciała są tak bardzo postrzelane, że nie można stwierdzić, kto pierwszy otworzył ogień, ani nawet kto do kogo strzelał, a co dopiero, dlaczego? Może nigdy się tego nie dowiemy.

    - Chociaż wojna skończyła się wiele lat temu, poważne spory pomiędzy przedstawicielami różnych gatunków nie są rzadkością - niepewnie zaryzykowała Lalelelang.

    - Nie musisz mi tego mówić. My Dakkarianie lubimy załatwiać spory w starym stylu. Sama brałam udział w kilku awanturkach. Ale to nie było tak poważne.

    - Powiedziałaś, że wszyscy trzej byli bardzo... postrzelani. Czy dyżurny patolog wydał jakiś wstępny raport?

    - Nie mam pojęcia. Ale nie widzę powodu, żeby trzymać tu mnie i moich kumpli. Chcesz poznać moją opinię na ten temat?

    - No pewnie.

    Głos Ziemianki stał się zimny.

    - Żaden z nich nie miał szansy. Nawet medyk-Hivistahm nic by nie mógł tu zrobić. Musiałby najpierw zidentyfikować wszystkie kawałki, zanim mógłby próbować poskładać je do kupy.

    - Jestem pewna, że masz rację. - Lalelelang zrobiła ostrożny krok do przodu. - Może mnie udałoby się coś stwierdzić, gdybym mogła zajrzeć do środka. Pozwoliłabyś mi spróbować?

    Góra mięśni i kości zablokowała przejście.

    - Przykro mi. Obawiam się, że nie mogę na to pozwolić. Wierzę, że jesteś odwiedzającą nas uczoną i tak dalej i tak dalej, ale to nie ma znaczenia. Mamy rozkaz, żeby nikogo nie wpuszczać do środka. "Wypadek dyplomatyczny", naruszenie bezpieczeństwa w posiadłości premiera, chyba rozumiesz.

    Lalelelang dłużej już nie nalegała.

    - Oczywiście. Czy mogę przynajmniej stać tu i obserwować?

    Kobieta wzruszyła ramionami.

    - Nie wiem ile stąd zobaczysz, ale dopóki nie przeszkadzasz, chyba tak. Kazano nam nikogo nie wpuszczać, a nie opróżnić budynek.

    - Twoja dobroć ładnie o tobie świadczy - odpowiedziała Lalelelang.

    Stała, patrzyła i czekała. Po chwili wywieziono na wózkach dwa okryte całunami ciała o kształtach Ziemian. Z pewnością nie były to zwłoki Amplitura.

    Jego doczesne szczątki wyniesiono później, w kilku kawałkach. Z tego, co mogła zobaczyć Lalelelang, a nie było tego wiele, życzliwa Ziemianka była umiarkowana w swojej ocenie.

    Długo czekała, desperacko chcąc porozmawiać z dyżurnym lekarzem-Hivistahmem. Poza tym nie miała ochoty nigdzie iść. Niestety, Hivistahm znikł gdzieś razem z resztkami Amplitura i nie wracał, zaś straże ciągle nie chciały jej przepuścić.

    W rezultacie spędziła okropny wieczór w swoim apartamencie, dobitnie uświadamiając sobie, jak jest samotna w tym świecie Ziemian, i że jej jedyny przyjaciel zginął w najbardziej niewiarygodny sposób w następstwie fatalnie nieudanego przedsięwzięcia. Podświadomie oczekiwała, że lada moment odkryta zostanie jej rola w całej tej sprawie i przybędą ziemiańscy żołnierze o surowych twarzach, by ją zabrać na przesłuchanie przy użyciu metod, jakich ze wszystkich sił starała się sobie nie wyobrażać.

    Lecz drzwi pozostawały zamknięte. W miarę niczym nie zakłóconego upływu czasu zaczęła się czuć trochę pewniej.

    Spędziła sporo czasu w towarzystwie Straat-iena, ale była na tyle ostrożna, by się z nim zbytnio nie afiszować. Do rezydencji przybyli osobno. Nikt nie miał powodu, by domyślać się subtelnych powiązań między Ziemianinem a Waisem.

    Ale wiedziała, że w końcu i tak będzie przesłuchiwana, choćby z tego powodu, że go znała.

    Następny ranek minął spokojnie. Złowieszcza cisza wypełniała jej schronienie. Wyszła na spacer tylko po to, by się pokazać, by udowodnić, że nic, a nic się nie ukrywa. Do późnego popołudnia, jedyną osobą, która uaktywniła jej drzwi był służący Lepar, który pełnił obowiązki czyściciela. W ciszy wysprzątał pokój i zmienił prześcieradła w jej gnieździe.

    Wiadomość o śmierci generała nic pojawiła się w żadnych mediach. To było zrozumiałe. Nie wyszłoby na dobre takiemu politykowi, jak Cosgrave, gdyby wszyscy się dowiedzieli, że Ważni goście, przebywający w jednej z jego rezydencji, zginęli w strzelaninie.

    Nikt nie przyszedł jej niepokoić. Wyglądało na to, że była wolna i mogła wyjechać. Chciała natychmiast uciec, udać się do najbliższego portu promowego i zarezerwować przelot na rodzinną planetę, gdzie ponownie, i już na zawsze, mogłaby wycofać się w spokój akademickiego życia. W niewiarygodny, niewytłumaczalny sposób zginął jej stary przyjaciel, Straat-ien. Przedstawiciel Ampliturów nie żył, podobnie jak nienawistny generał Levaughn. Wyglądało na to, ze okoliczności ich śmierci na zawsze pozostaną dla niej tajemnicą. Trudno. Zrobiła wszystko, co mogła. Nadszedł czas, by zająć się sobą.

    Śmierć Straat-iena nie była nadaremna. Cast-creative-Seekinga będzie musiał zastąpić inny Amplitur, nie tak dobrze znający się na psychologii Ziemian. Jak zwykle ostrożni, prawdopodobnie zawieszą swe próby pozyskania Ziemian jako sojuszników, aż do czasu, gdy lepiej zrozumieją co się wydarzyło na Dakkarze. Zaś śmierć generała Levaughna powinna stać sią po ważną przeszkodą, w kszałtowaniu się tu reakcyjnych sił politycznych. Przypuszczalnie Kadra będzie kontrolować rozwój sytuacji po tym całkowitym, choć drogo opłaconym sukcesie.

    Zdała sobie sprawę z tego, że ta supertajna organizacja, której Straat-ien był ważnym członkiem, również będzie chciała ją przesłuchać. Westchnęła w duchu. Choć tak bardzo chciała odciąć się od tego, co tu się stało, prześladowało ją to, co inni myśleli, że wiedziała.

    Nagłe przerażenie wysłało fale drżenia przez pióra na jej grzbiecie. A co, jeśli Ampliturowie również jej szukali? Prosta sugestia ze strony któregokolwiek z nich i bezwolnie ujawni im wszystkie swoje tajemnice.

    Zmusiła się do spokoju. Nie mieli żadnego powodu, by ją przesłuchiwać. Była ogólnie znaną uczoną-Waisem, Tak, studiowała zachowania Ziemian, ale to samo robiło też wielu innych nie-Ziemian. Tak, znała jednego z zabitych, ale znała wielu Ziemian. Jeśli chodzi o Ampliturów, to nie mieli najmniejszych podstaw, by łączyć ją z wypadkiem, który miał miejsce poprzedniej nocy. Ampliturowie byli spostrzegawczy, ale nie byli jasnowidzami.

    Ale mimo to, będzie się starała ich unikać. Na Mahmaharze nie powinno to być trudne.

    Opłakiwała utratę przyjaciela. Przez te wszystkie lata Straat-ien z pewnością nim się stał. Nic nie mógł poradzić na swoje Człowieczeństwo. Wybaczała mu to gdy żył, nie mogła zrobić inaczej teraz, gdy zginął. Jego śmierć wstrząsnęła nią prawie tak, jakby to był Wais.

    Żal nie przeszkodził jej w zorganizowaniu wyjazdu z Dakkaru następnego dnia. Gdyby któryś z towarzyszy Straat-iena chciał ją przesłuchać, musiałby podążyć jej śladem na rodzimą planetę. Tam mogłaby zaaranżować spotkanie w tajemnicy, zachowując odrobinę pewności siebie.

    Udało się jej przygotować swe gniazdo do spania bez nasłuchiwania u drzwi. To dodatnio wpłynęło na jej poczucie bezpieczeństwa. Nikt jej nie przeszkadzał w przygotowaniach do wyjazdu. Siedziała do późna, oglądając lokalne wiadomości i porządkując notatki, które sporządziła przed tragedią.

    Gasząc światło w apartamencie była tak zrelaksowana i odprężona, że natychmiast zapadła w głęboki i kojący sen, z którego została w środku nocy niespodziewanie i gwałtownie wyrwana natarczywym waleniem w drzwi.



Strona główna     Indeks